Czy poród boli oraz pierwsze chwile z Melanią.
Witajcie!
Minęło sporo czasu od ostatniego postu. Musicie mi to wybaczyć. Było to spowodowane pobytem w szpitalu, moim stanem fizycznym po porodzie oraz pierwszymi dniami z nowym członkiem rodziny.
Długo zastanawiałam się jaki powinien być pierwszy post po tak ważnym dla mnie wydarzeniu w życiu oraz jak sądzę, ciekawym dla wielu kobiet. Nie byłam przekonana do tego, aby tak bardzo odsłonić się prywatnie, ale przecież nie muszę pisać pikantnych szczegółów :)
Może i troszeczkę zaczynam nie z tej strony, bo od uczuć przed porodem oraz odczuć co do samego wydarzenia, a nie od ciąży. Tyle chciałabym tu napisać... więc nie martwcie się, ten temat też się pojawi nie raz.
Wiele młodych kobiet na pewno czasem myśląc o przyszłości, przewija wizję ciąży, dziecka oraz porodu. Zastanawia się czy lepiej rodzić naturalnie czy może przez cesarskie cięcie. Ile ludzi tyle opinii.. Ja na początku myślałam, że lepiej jest rodzić dzięki cc. Nie będę musiała znosić bólu skurczy, samego parcia itd. Natomiast cesarka wcale nie jest taka dobra. Dłużej kobieta dochodzi do siebie, dłużej musi leżeć po samej operacji, konieczna jest ostrożność (schylanie się, podnoszenie ciężkich przedmiotów), dbanie o nacięcie na brzuchu, mogą powstać różne poważne komplikacje (przecież to normalna operacja, nie zabieg). Dlatego kiedy zorientowałam się, że mój lekarz prowadzący próbuje szukać pretekstu do cięcia zaniepokoiłam się. Tym bardziej, że wszystkie argumenty były związane ze zdrowiem maluszka... Lekarzom lepiej jest przyjść i przeprowadzić operację w ciągu 20 minut, aniżeli czekać na 10 cm rozwarcia, Takie moje skromne zdanie.
Kiedy nastał poniedziałek (30.10) czułam lekki stres i zaniepokojenie. Miałam wywoływany poród już dzień wcześniej, co skutkowało pierwszymi skurczami przez cały wieczór i noc. Nie ukrywam, że sen, a raczej krótkie drzemki, na dzień przed porodem nie są formą odpoczynku, ostatniej przespanej nocy czy zrelaksowania się przed wszystkim. Ciągle myślałam jak to wszytko wygląda, czy dam radę, czy wszystko pójdzie dobrze (chociaż byłam pod doskonałą opieką!) oraz o tym, że w końcu zobaczę moja kruszynkę!
Rano po badaniu KTG (pozwala nam na obserwację pracy serca maluszka) jadłam śniadanie, przyszła Pani położna i oznajmiła mi, że mam 15 minut aby je dokończyć i spakować wszystkie swoje rzeczy. Do tej pory było jeszcze całkiem nieźle...Idąc na porodówkę, czułam się jakbym szła na ścięcie. Kiedy już tam byłam zaczęły się mocniejsze skurcze. Z problemem wzięłam nawet prysznic, choć najchętniej stałabym wtedy pod ciepłą wodą cały czas. Kiedy już leżałam na łóżku cały czas podpięta do KTG i Pani położna oznajmiła mi, że są już (dla mnie dopiero...) 4cm rozwarcia mówiłam, że nie dam rady. A więc tak, poród boli. albo inaczej... bolą same skurcze niż sam moment przychodzenia dziecka na świat :) Ważnym elementem tego całego wydarzenia było dla mnie wsparcie osoby bliskiej. Szczerze mówiąc gdyby nie to, nie dałabym rady tak szybko i sprawnie urodzić. Czasem nie trzeba nic mówić, tylko być i trzymać za rękę. Sądzę, że partner, ojciec dziecka powinien być przy porodzie. Owszem nie każda kobieta chce, aby jej facet oglądał ją w takim stanie i słyszał jak krzyczy, ale to jest ważny moment dla obojga rodziców. Facet zrozumie i zobaczy co tak naprawdę my kobiety przeżywamy i jak wiele starań, siły w to wkładamy. Tu już nie chodzi tylko o ból skurczy, a o emocje i to co dzieje się z kobietą. Osobiście dla mnie te 3 godziny i 40 minut minęły jak godzina, wiele momentów nie pamiętam, wywracałam oczami do góry, trzęsłam się z zimna, raz krzyczałam na partnera by nic do mnie nie mówił, za chwilę przepraszałam za to co powiedziałam. Tam się dzieje na prawdę wszystko. Ale mimo to nie żałuję, że zdecydowałam się na poród naturalny. Zawsze kobiety powtarzały "kiedy dadzą Ci dziecko na ręce zapomnisz o tym bólu". Nie wierzyłam w to. Teraz podpisuje się pod tym stwierdzeniem rękami i nogami. Kiedy położyli mi Melanię na brzuch zapomniałam o tym co działo się wcześniej, nawet o tym jak się nazywam. Byłam tak skupiona na przytulaniu jej, że nie widziałam nic co dzieje się wokół mnie (choć z tego co wiem było tam mnóstwo personelu). Przez tę chwilę wiele zrozumiałam, jak i dostałam ogromną dawkę energii do działania i życia. Warto było wytrzymać ten cały ból dla tego jednego momentu.
Moim skromnym zdaniem nie docenimy "tego wszystkiego" przy cesarskim cięciu. Mam odczucie, że wtedy nie poświęciłabym się tak bardzo, nie byłabym z siebie taka dumna, a równocześnie z małej i wiele, wiele innych. Uwierzcie mi, że nie potrafię tego wszystkiego ubrać w słowa, to trzeba przeżyć :)
Pierwsze chwile noworodka są bardzo ważne. Po myciu, ważeniu i wstępnych badaniach, dziecko wraca od razu do rodziców, szczególnie mamy (tata również trzymał małą zaraz po tym jak zostałyśmy "oddzielone" :) ). Mała musiała czuć moją obecność, moje ciepło. Za każdym razem kiedy brali mi ją na badania czułam niepokój. Kiedy była szczepiona i płakała, czułam jakby wbijał mi ktoś nóż w serce. Kiedy po momencie ukłucia od razu przestawała płakać, czułam dumę. Kiedy spała, ciągle musiałam patrzeć się na nią, czy wszystko w porządku (gdybym ja tylko wiedziała, ze teraz nie będę spać noce i dnie przez kolki, uwierzcie mi, że przykleiłabym sobie oczy super glue i spała na siłę). Panie położne poinformowały mnie, że pierwszą noc dziecko prześpi całą, a drugą może zacząć wojować. Marzenie... Melania już pierwszej nocy pokazała charakterek i nie pozwoliła mi spać. Mimo ogromnego zmęczenia chciałam ciągle być przy niej i patrzeć na nią. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy jaką wspaniała rzeczą może być macierzyństwo i instynkt macierzyński. Jak każda kobieta miałam jakiej obawy, a jedną z nich było właśnie uczucie, że nie będę wiedziała co mam robić, nie usłyszę w nocy kiedy się obudzi, nie będę wiedziała czemu płacze. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Te pierwsze chwile w szpitalu choć trudne (ze względu na stan po porodzie, czy sama obecność w szpitalu, której nienawidzę) wspominam bardzo dobrze. Dawałyśmy sobie rade z głodem, pampersami, uczyłyśmy się siebie i miałyśmy tylko czas dla nas, tak na spokojnie.
Teraz mija już prawie miesiąc od narodzin Melanii. Porównując zdjęcia nie wierzę, jak niesamowicie się zmieniła, że nie jest już taka malutka, że mam to już wszystko za sobą... a jak wiele jest jeszcze przed nami! :)
Zachęcam do komentowania :)
Do następnego (szybkiego) przeczytania!
xoxo
Minęło sporo czasu od ostatniego postu. Musicie mi to wybaczyć. Było to spowodowane pobytem w szpitalu, moim stanem fizycznym po porodzie oraz pierwszymi dniami z nowym członkiem rodziny.
Długo zastanawiałam się jaki powinien być pierwszy post po tak ważnym dla mnie wydarzeniu w życiu oraz jak sądzę, ciekawym dla wielu kobiet. Nie byłam przekonana do tego, aby tak bardzo odsłonić się prywatnie, ale przecież nie muszę pisać pikantnych szczegółów :)
Może i troszeczkę zaczynam nie z tej strony, bo od uczuć przed porodem oraz odczuć co do samego wydarzenia, a nie od ciąży. Tyle chciałabym tu napisać... więc nie martwcie się, ten temat też się pojawi nie raz.
Wiele młodych kobiet na pewno czasem myśląc o przyszłości, przewija wizję ciąży, dziecka oraz porodu. Zastanawia się czy lepiej rodzić naturalnie czy może przez cesarskie cięcie. Ile ludzi tyle opinii.. Ja na początku myślałam, że lepiej jest rodzić dzięki cc. Nie będę musiała znosić bólu skurczy, samego parcia itd. Natomiast cesarka wcale nie jest taka dobra. Dłużej kobieta dochodzi do siebie, dłużej musi leżeć po samej operacji, konieczna jest ostrożność (schylanie się, podnoszenie ciężkich przedmiotów), dbanie o nacięcie na brzuchu, mogą powstać różne poważne komplikacje (przecież to normalna operacja, nie zabieg). Dlatego kiedy zorientowałam się, że mój lekarz prowadzący próbuje szukać pretekstu do cięcia zaniepokoiłam się. Tym bardziej, że wszystkie argumenty były związane ze zdrowiem maluszka... Lekarzom lepiej jest przyjść i przeprowadzić operację w ciągu 20 minut, aniżeli czekać na 10 cm rozwarcia, Takie moje skromne zdanie.
Kiedy nastał poniedziałek (30.10) czułam lekki stres i zaniepokojenie. Miałam wywoływany poród już dzień wcześniej, co skutkowało pierwszymi skurczami przez cały wieczór i noc. Nie ukrywam, że sen, a raczej krótkie drzemki, na dzień przed porodem nie są formą odpoczynku, ostatniej przespanej nocy czy zrelaksowania się przed wszystkim. Ciągle myślałam jak to wszytko wygląda, czy dam radę, czy wszystko pójdzie dobrze (chociaż byłam pod doskonałą opieką!) oraz o tym, że w końcu zobaczę moja kruszynkę!
Moim skromnym zdaniem nie docenimy "tego wszystkiego" przy cesarskim cięciu. Mam odczucie, że wtedy nie poświęciłabym się tak bardzo, nie byłabym z siebie taka dumna, a równocześnie z małej i wiele, wiele innych. Uwierzcie mi, że nie potrafię tego wszystkiego ubrać w słowa, to trzeba przeżyć :)
Pierwsze chwile noworodka są bardzo ważne. Po myciu, ważeniu i wstępnych badaniach, dziecko wraca od razu do rodziców, szczególnie mamy (tata również trzymał małą zaraz po tym jak zostałyśmy "oddzielone" :) ). Mała musiała czuć moją obecność, moje ciepło. Za każdym razem kiedy brali mi ją na badania czułam niepokój. Kiedy była szczepiona i płakała, czułam jakby wbijał mi ktoś nóż w serce. Kiedy po momencie ukłucia od razu przestawała płakać, czułam dumę. Kiedy spała, ciągle musiałam patrzeć się na nią, czy wszystko w porządku (gdybym ja tylko wiedziała, ze teraz nie będę spać noce i dnie przez kolki, uwierzcie mi, że przykleiłabym sobie oczy super glue i spała na siłę). Panie położne poinformowały mnie, że pierwszą noc dziecko prześpi całą, a drugą może zacząć wojować. Marzenie... Melania już pierwszej nocy pokazała charakterek i nie pozwoliła mi spać. Mimo ogromnego zmęczenia chciałam ciągle być przy niej i patrzeć na nią. Nigdy nie zdawałam sobie sprawy jaką wspaniała rzeczą może być macierzyństwo i instynkt macierzyński. Jak każda kobieta miałam jakiej obawy, a jedną z nich było właśnie uczucie, że nie będę wiedziała co mam robić, nie usłyszę w nocy kiedy się obudzi, nie będę wiedziała czemu płacze. Na szczęście nic takiego nie ma miejsca. Te pierwsze chwile w szpitalu choć trudne (ze względu na stan po porodzie, czy sama obecność w szpitalu, której nienawidzę) wspominam bardzo dobrze. Dawałyśmy sobie rade z głodem, pampersami, uczyłyśmy się siebie i miałyśmy tylko czas dla nas, tak na spokojnie.
Teraz mija już prawie miesiąc od narodzin Melanii. Porównując zdjęcia nie wierzę, jak niesamowicie się zmieniła, że nie jest już taka malutka, że mam to już wszystko za sobą... a jak wiele jest jeszcze przed nami! :)
Zachęcam do komentowania :)
Do następnego (szybkiego) przeczytania!
xoxo



Komentarze
Prześlij komentarz